niedziela, 19 listopada 2017

Co czytałam i co trafiło do mojej biblioteczki oraz takie tam moje wynurzenia......

 

                         Jak ja ogromnie nie mam kiedy tutaj pisać! Opieka nad mamą męża i zwykłe zajęcia domowe, które tam wykonuję, mnie bardzo pochłaniają a  wieczorem jesienią, gdy za oknem robi się szybko ciemno czuję się klaustrofobicznie i zbyt zmęczona, nawet na wieczorne, gdy już mam wolne, czytanie czy oglądanie. 
Dlatego zdecydowałam się na dołączenie do Istagramu, czy też częściej pokazuję co czytam na FB. Ale nie chciałabym, by mój blog umarł śmiercią naturalną. I chociaż, jak zaobserwowałam, ze smutkiem,  nie tylko u siebie, ale i na innych blogach, że  komentarze pojawiają się pod postami coraz rzadziej to jednak postaram się jeszcze potrwać w blogosferze, bo każda Wasza wizyta tutaj mnie cieszy ogromnie i ma na mnie dobroczynny wpływ.
                 W poprzednich dwu miesiącach udało mi się przeczytać niewiele, bo tylko sześć książek, ale również odsłuchałam ich cztery więc razem było ich aż dziesięć.

 Przeczytałam : 

"Chleb na wody płynące"   a
"Sonatę Kreutzerowską" 
"Zbrodnię Sylwestra Bonnard" Anatola France
"Dziewczynę, która igrała z ogniem" Stiega Larssena
"Czarny książę" Borysa Pilniaka
"Tysiąc dni w Wenecji" Marleny de Blasi

Odsłuchałam natomiast cztery kolejne audioksiążki o Aghacie Raisin.

 Musiałam niestety przerwać udział w wyzwaniach, w których jeszcze brałam udział, gdyż nawet jeżeli przeczytałam książki to na napisanie o nich posta brakło mi może nawet bardziej weny niż czasu. 
                  W zakupach trochę wyhamowałam więc biblioteczka powiększyła się w ostatnim czasie o dwie nabyte pozycje ....chociaż pewno w najbliższym czasie przyjdzie paczka z górą Kolibrów. Ale je pokażę jak dotrą a dzisiaj tylko zdjęcie tych książek, które już mam : 




Napaliłam się bardzo, po tym co o nich czytałam, na książki Janiny Lesiak, ale jak zwykle szukam taniej okazji, więc jak taka trafiła się na dedalus.pl, gdy przeglądałam allegro, nie omieszkałam z niej skorzystać. Dorzuciłam do tego "Kalendarze", bo razem z przesyłką nie przekroczyłam 25 zł. A teraz poluję na jej kolejne pozycje.
                    Panu Jackowi Getnerowi dziękuję za kolejną część przygód Jacka Przypadka, którą właśnie zaczęłam czytać......to dobra lektura na szare dni, bo zawiera, jak to się ma w tej  serii detektywistycznej dużą dozę humoru i patrzenia na innych z przymrużeniem oka,  co wybitnie poprawia nastrój.
Muszę przyznać, że głosowałam na inną okładkę, ale do tej się już przyzwyczaiłam i nawet zaczynam uważać, że całkiem fajna jest. Ale muszę książkę chować, przed moją drogą teściową, bo uważa, że jest paskudna .....i pyta się skąd mam tę książkę  ....ha, ha.



 Pozdrawiam cieplutko każdego kto tu wpadnie.......
 I posłuchajmy.....



piątek, 10 listopada 2017

Obraz Canaletto i fragment z "Tysiąca dni w Wenecji"



źródło


                            Schodzimy na brzeg przed bazyliką i przez chwilę stoję ze wzrokiem utkwionym we frontonie budynku, rozświetlonym smugą pudrowożółtego światla, którą przed chwilą pozostawiło slońce. Wielki kościół Longheny* wzniesiono na szczycie półkola, utworzonego między placem Świętego Marka a Redentore na Giudecca. Świątynia stoi na olbrzymim postumencie z drewnianych pali, zatopionych w mulistym dnie laguny. okrągła, potężna i posępna, zbyt wielka na swój tron, sprawia wrażenie przysadzistej królowej, która zasiadła w delikatnym ogrodzie.  Jakże zadufany w sobie musiał być czlowiek, który wyśnił sobie tę świątynię, uznał, że może ją wznieść, a następnie to uczynił. Podchodzę do wąskiego pontonowego mostu, który rozciąga się w poprzek kanału tylko w jednym dniu w roku. Wenecjanie pokonują rozkołysane, chwiejne platformy, niosąc dary dla Matki Boskiej, która prawie pół tysiaca lat temu uwolniła ich przodków od zarazy. Dawniej w ofierze składano bochenki chleba albo nadziewane owocami ciasta, dżemy, solone ryby, czasem woreczki z grubą czerwoną fasolą. Teraz pielgrzymi zanoszą świece, trzymane jak do modlitwy, a płomyki rozświetlają zimne głazy starego domu Dziewicy. Nieopodal schodów bazyliki kupuję świecę, białą i tak grubą, że niemal nie mogę jej objąć dłonią. Przypadkowa kobieta, nieproszona, użycza mi płomnienia, uśmiecha się i znika w tłumie.
                       Pokolenia kobiet idą ramię w ramię, niekiedy trzy, nawet cztery generacje obok siebie. Ten sam artysta utrwalił podobieństwo na ich obliczach. Staruszka maszeruje z córką, wnuczką, prawnuczką, a w twarzy prababki dostrzegam buzię niemowlęcia. Ma nogi niczym patyki w białych pończochach, kruche i delikatne pod ładnym płaszczem z czerwonej wełny. Jaka jest hstoria jej życia? Nosi beret głęboko nasunięty na proste siwe włosy. Jej córka ma rownież proste siwe włosy, a wnuczka proste, ale blond. Jedna z nich mocno naciągnela na glówkę maleńkiej dziewczynki beret, spod którego wyrastają jasne kosmyki.
                        Wszystkie cztery są piękne. Patrzę na nie i myślę, że tego zawsze pragnęłam. Chciałam się stać częścią całości, odgrywać swoją rolę, hołubić i być hołubiona. Oczekiwałam od życia wlaśnie takiego romantyzmu, prostoty, bezpieczeństwa. Czy to się w ogóle zdarza? Czy komukolwiek dana jest taka pewność? Żałuję, że moja córka nie stąpa teraz po tym moście. Chciałabym na nią czekać. Z przyjemnością wsłuchałabym się w jej głos,usłyszałabym naszą rozmowę w zmierzchającym błękicie zapadającego mroku, w drodze do Madonny. Szkoda. Chciałabym powiedzieć córce, że może być pewna.


__________________________

Marlena de Blasi,Tysiąc dni w Wenecji,Wydawnictwo Literackie,2009 r.,przeł.M.Hesko-Kołodzińska,str,180-182


*Baltassare Longhena -architekt weneckiego baroku, którego najsłyniejszym dziełem jest Santa Maria Salute , którą to bazylikę wspomina Marlena de Blasi w przytoczonym przeze mnie fragmencie. 

środa, 8 listopada 2017

Wenecja oczami Marleny de Blasi, czyli "Tysiąc dni w Wenecji".




           Nie byłam nigdy w Wenecji, ani w Toskani, ani w Orvieto, więc zainspirowana wpisami na blogach nabyłam sobie całą trylogię Marleny de Blasi, która to trylogia niosła obietnicę, że poznam te miejsca, do których prawdopodobnie raczej nie trafię.
I tak faktycznie się stało, w trakcie czytania pierwszej z trzech książek stanowiących zbeletryzowane wspomnienia,  jeżeli chodzi o Wenecję. Autorka książki opowiadając historię swego małżeństwa z Wenecjaninem oraz swojego oswajania się z miastem, do którego wiedziona uczuciem zdecydowała się przeprowadzić, ukazała mi ją przez pryzmat swego nią zachwytu. A ja wędrowałam razem z nią  gondolą i pieszo poznając wciąż nowe miejsca, nazwy i ludzi, barwnych i wyrazistych, którzy żyją zupełnie innym tempem niż my. 
             Książka "Tysiąc dni w Wenecji" bardziej przyciąga kolorami i smakami, o których w niej dużo,  niż samym romansem, który moim skromnym zdaniem dość blado wypada na tle całej jej treści, gdyż szybko zamienia się w zwykłą codzienność, z której wyparowywują miłosne uniesienia. A już z pewnością nie wzrusza tak, jak historia Roberta i Franceski z filmu "Co się zdarzyło w Madison County" o czym  próbuje przekonać czytelnika wydawca książki cytując na okładce amerykańską gazetę. Cała jednak historia znajomości ze swym przyszłym mężem oraz perypetii związanych z małżeństwem opowiedziana jest przez Marlenę de Blasi ciekawie i z humorem.
              Muszę przyznać, że ja jako osoba nie lubiąca zmian w życiu, byłam pełna podziwu dla  autorki książki, która potrafiła niezwyle szybko, nie wiedząc co ją może faktycznie czekać u boku mało znanego sobie mężczyzny - w obcym dla siebie mieście i  w obcej sobie kulturze - podjąć decyzję o likwidacji swego domu i przeprowadzeniu się do niego, zupełnie w ciemno. A jak było ciemno przekonała się, gdy zawitała w progi jego mieszkania.
                      Ogromnym plusem książki jest gawędziarski, potoczysty  styl w jakim jest napisana oraz poczucie humoru jakie posiada  Marlena de Blasi co sprawia, że czyta się ją szybko i z dużą przyjemnością.
      A teraz czeka na mnie "Tysiąc dni w Toscani" a wraz z nimi kolejna zmiana w życiu autorki.


Książka miała brać udział w wyzwaniu gra kolorów, ale niestety nie zdążyłam  z opinią.


środa, 25 października 2017

Środa z poezją - Drabina do nieba........................



               Niestety nie uda mi się w tych ostatnich dniach października napisać nawet o przeczytanej książce w ramach wyzwania gra w kolory. Złożyło się na to kilka okoliczności, które mnie wytrąciły zupełnie z równowagi zabierając, między innymi,  chęć do pisania. Natomiast  końcówkę miesiąca  spędzę na wyjeździe i w gościach więc już w ogóle nie będę mieć możliwości cokolwiek upisać, a po powrocie będzie już 1 listopad. By jednak na blogu nie zapanowała  zbyt długa cisza, a jest ona tu coraz częstszym gościem, dzisiaj będzie wiersz zainspirowany moim zdjęciem. Wiersz oczywiście nie mój, tylko znaleziony w sieci, ale spodobał mi się, gdyż wspaniale  pobudza do refleksji nad naszym trudzeniem się w tym życiu i przemijającym czasem.




Drabina do nieba

Jest życie ludzkie niczym drabina
po której każdy w górę się wspina,
że jedną, wielu bolało nad tym,
dostają równo biedny z bogatym.

Jedne drabiny szeroką drogą
gładko i równo ku chmurom wiodą
w innych, koślawych, gdy w szczeblach luka
noga w powietrzu podparcia szuka.

Gdy człek znużony w drodze ustaje
odsapnie chwilę by znów iść dalej,
ci których ciemność mrokiem oplotła
kierunek gubiąc spadają w otchłań.

Kto zbyt zmęczony długą wspinaczką
marzy by skończyć dolę tułaczą,
aż na ostatnim już szczeblu stanie
i westchnie z ulgą: ?Już jestem Panie?.

                                                  bjedrysz


Wiersz pochodzi ze strony